Wytnij swój debiut - VanityPress



Oryginalnie na Wattpadzie
Poprzedni artykuł z serii: tutaj lub tutaj.

Miesiąc temu przedstawiałem Wam, czym jest self-publishing w czystej postaci, czyli kiedy autor robi wszystko sam – od pierwszej wielkiej litery po wręczenie książki do rąk czytelnika.
Ci bardziej ciekawscy pewnie już wiedzą, że taki typ self-publishingu, kiedy do kieszeni autora wpada 100% przychodów, jest rzadki – przynajmniej w Polsce. Za to wpisując hasło do wyszukiwarki, można znaleźć mnóstwo firm, które oferują niby self-publishing, ale jednak pobierają część przychodu, bo „pomagają” autorowi, czy też świadczą mu część usług.
Są też firmy oferujące współfinansowanie i już nie piszą, że ich autorzy są self-publisherami.
Z czym się więc je współfinansowanie, czy da się nie wtopić, na co zwrócić uwagę?
Podczas researchu przyszło mi na myśl brutalne porównanie, którego nie zaprezentuję w całości, bo to Internet i ktoś by mnie pozwał… Napiszę tylko, że w teorii wszystko miało być idealnie.
W założeniu współfinansowanie jest cudowne – najlepsza opcja zarówno dla wydawcy jak i dla autora, którzy uczciwie współpracują, jednak osoby zainteresowane wiedzą, że w wielu przypadkach coś poszło nie tak jak trzeba, a osoby, które jeszcze nigdy się z tym nie zetknęły, będą mogły same osądzić.
Idealne współfinansowanie – jak już nazwa zdradza – to podział kosztów, a dokładniej połowę kosztów wydawniczych ma ponieść autor, a drugą część firma zajmująca się publikacją i dystrybucją. Autor ma za zadnie napisać dobrą powieść oraz zająć się częścią promocji, a wydawnictwo powinno przeprowadzić redakcję, korektę, przygotowanie do druku, dystrybucję oraz związaną z tym promocję. Koszty druku czy pracy nad tekstem, jak wspomniałem, powinny zostać podzielone na pół, podobnie zyski ze sprzedaży. Jednak – z tego co zaobserwowałem – z tym bywa różnie.
Ale zanim przejdziemy do legend, mitów i przykrej prawdy, chcę jeszcze wspomnieć o różnych typach modelu ze współfinansowaniem; czasami też po prostu finansowaniem – bo wiele stron oferuje nam takie usługi, różnie to nazywając.
Najczęściej w Internecie można napotkać hasła „wydawnictwo subsydiowane, model hybrydowy, vanity press”. Są różnice między nimi, jednak odnoszę wrażenie, że sami wydawcy nie wiedzą, jaką nazwę czemu przypisać, dlatego postanowiłem wrzucić to na potrzeby artykułu do jednego wora. Jednak główną różnicą między tymi modelami jest to, o czym za chwilę będziecie mogli przeczytać.
Czyli procenty i koszty.
Ile stron, tyle sloganów reklamowych.
…wśród Autorów, którzy sami finansowali wydanie swoich książek są m.in.: Mark Twain, (…) Edgar Allan Poe. Rzadko kto zdaje sobie sprawę, że w Polsce za własne pieniądze wydawał Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Aleksander Fredro czy Witold Gombrowicz.”
Nie wiem, jak Was, ale do mnie to średnio przemawia…
No, ale o reklamie to kiedy indziej i pewnie ktoś, kto się zna.
Firmy oferujące niepełny self-publishing często piszą o zysku rzędu 75%, a o tym, że jest to 75% ceny hurtowej dowie się każdy, kto się wgłębi w informacje na stronie, a nie tylko w reklamę. W efekcie do autora trafia niespełna 40% ceny okładkowej. Ale to i tak lepiej, niż ~3% w tradycyjnym wydawnictwie, prawda?
Autor w wydawnictwie tego typu – oferującego około 75% – musi liczyć się z pokryciem kosztów całego nakładu, czyli kilka tysięcy złotych jak nic. (Właściwie moje ostatnie obliczenia zostały wykonane na jednym z kalkulatorów udostępnionych przez podobną stronę, nie drukarnię). Cena za egzemplarz 10 złotych bądź więcej?
Jeśli dobrze pamiętam, to tradycyjnym wydawcom nie opłaca się drukować, kiedy cena za egzemplarz przekracza 3 zł. Coś tu więc nie gra, prawda? Bo koszty podwójnej korekty, nadania numeru ISBN, wykonania okładki są osobne. W tych 10 możemy więc doliczyć się dystrybucji i ogólnopolskiej promocji, o tyle dobrze.
Mam Was, każdy, kto czytał ostatnio uważnie, wie, że nadanie numeru ISBN jest darmowe i właściwie nie sprawia większego problemu – to kolejny chwyt reklamowy firm oferujących wydanie hybrydowe. Co jeszcze mnie nurtuje poza ogólnopolską promocją (zamieszczenie informacji na stronie jest przecież ogólnopolskie, a nawet ogólnoświatowe, halo!)?
Podwójna korekta.
Jeśli tekst nie będzie niemal bezbłędny przy wysyłaniu, to błędy na pewno w nim jeszcze zostaną. Tradycyjne wydawnictwa potrafią zrobić nawet trzynaście partii poprawek, ja sam mam za sobą dwie, a to wciąż tekst wymagający dopracowania z masą błędów nie tylko logicznych.
Plus jest taki, że w większości przypadków to autor jest właścicielem wszystkich egzemplarzy (w końcu za nie zapłacił) i jakby chciał, to może je odebrać wydawnictwu. Teoretycznie, bo nie mam pojęcia, jak wygląda umowa z takimi stronami – pisanie o tym, jak wszędzie indziej, nie jest mile widziane, a często zabronione.
Są jeszcze wydawnictwa nazywane vanity press. Jak każdy wie – w końcu Wattpad ma ograniczenia wiekowe – vanity to pustka lub próżność, a nawet marność. I pewnie nie raz spotkacie się z określeniem, że vanity press ma łechtać ego autora, który zachwyca się własnym tekstem.
Jakie są fakty?
Ano takie, że – w skrócie – VP nie każe sobie płacić za całość wydania, a jedynie za połowę, autorom oferując wynagrodzenie rzędu 30%, w zależności od firmy. Pisarzowi zostaje zaoferowane dokładnie to samo, co w tradycyjnym modelu wydawniczym – wszystko profesjonale od korekty po dostarczenie gotowych egzemplarzy.
Jaki jest haczyk?
Czyhanie na naiwnych.
Tak, jak wszędzie.
Oczywiście, znajdą się uczciwe wydawnictwa oferujące współfinansowanie, dlatego decydując się na taki ruch, należy uważnie analizować każde słowo, aby wynegocjować korzystne warunki w odpowiednim miejscu.
Wiele osób pisze o tym, że koszty, które musieli pokryć w wydawnictwie typu vanity press były całością kosztów związanych z wydaniem, a promocja polega na wysłaniu kilku egzemplarzy do bloggerów (którzy w 99% przypadkach nie lubią się z VP) oraz wrzuceniu informacji na Facebooka czy Instagrama, gdzie siła przebicia takich firm jest stosunkowo mała.
Nie dość, że korekta często nie jest dokładnie przeprowadzona, bo niejednokrotnie czyta się o wielu błędach w książkach z VP, to promocja jest słaba i tak naprawdę mało kto wie o tych książkach.
A czasami warto – czytałem dwie książki, o których wiem, że zostały wydane przy współfinansowaniu i mogę je z czystym sercem polecić, jednak widzę, że w przypadku obojga autorów to im zależy na porządnym tekście oraz promocji.
Mimo wszystko, kupując książki wydane przez VP, napotykamy większe prawdopodobieństwo, że tekst będzie słabym schematem. Wydawnictwo prawie niczego nie odrzuca, a wręcz zarabia na wielu propozycjach, w wyniku czego wydaje praktycznie wszystko, co ludzie przysyłają. Czytałem o tzw. hardcorowych przypadkach, kiedy pozytywna odpowiedź od VP przyszła po niespełna 20 minutach! Co więcej maile te zawsze rozpływają się z zachwytu nad autorem, rzadko sugerując poprawę czy pracę nad sobą.
Ach, i pamiętajcie, że prawa autorskie są niezbywalne, a dzielimy się jedynie tymi majątkowymi. Niech nikogo nie zmyli utarty slogan – pamiętajcie, żeby nie dać się nabrać, bo na pewno są uczciwe wydawnictwa subsydiowane, jednak jest je trudniej znaleźć, bo ze względu na swoją uczciwość, mniej zarabiają.
Negatywnie, negatywnie, zalety jednak na pewno są. I czy jest to coś więcej niż pewność, że nasz tekst pojawi się na papierze oraz w formie e-booka?
Zapraszam na podsumowanie takie, jak pojawiło się w przypadku self-publishingu. Zacznijmy od wad, aby potem zakończyć pozytywnym akcentem.
Wady:
– Korekta i redakcja gorsze niż w tradycyjnych wydawnictwach,
– Słaba selekcja tekstów,
– Złe opinie o vanity press,
– Wrogość bloggerów,
– Słaba promocja,
– Często zła współpraca,
– Tanie grafiki na okładkę,
– Często trudna dostępność książki,
– Ryzyko finansowe.
Zalety:
– Pewność wydania,
– Brak problemów z dystrybucją,
– Większe możliwości promocji, np. na targach książki,
– Przeżycie debiutu, możliwość kontynuacji kariery jako self-publisher bądź w tradycyjnym wydawnictwie,
– Różnorodność firm oferujących usługi wydawnicze,
– Większa kontrola nad tekstem, składem, grafiką (jeśli dobrze się współpracuje),
– Możliwość na większe zarobki niż u tradycyjnego wydawcy,

Temat jest tak rozległy, że sam nie wiedziałem, na czym się skupić. Dlatego koniecznie piszcie, jeśli chcecie, aby rozwinąć jakiś wątek. Jeśli uważacie, że się mylę, tym bardziej!



Komentarze

Jeże często czytają